No więc wiemy, że pluskał wir. A właściwie nie wir, tylko duża komórka recyrkulacyjna, oddzielona od głównego nurtu warstwą ścinania. Po naszemu, od wczoraj, Karuzela św. Piotra. Zmierzyłam łachę parokrokami, przyjmując, zgodnie z dawną zasadą, że parokrok to ca 1,5 m. Długość łachy to ok, 60 m, natomiast karuzela była wyraźnie większa. Na granicy nurtu i warstwy ścinania tworzą się i rozpadają liczne struktury turbulentne, część z nich dochodzi do powierzchni powodując plaski i fale, jakby harcowało tam stado wydr. I parę bobrów na dokładkę – bóbr walący ogonem o wodę brzmi jak skaczący „na bombę” hipopotam.
Drobne parę kilometrów dalej otworzyła się przed nami przepiękna panorama miasta o niewątpliwie gotyckich korzeniach.

Było to, bardzo stare, Nowe nad Wisłą, lokowane tam już w XIII w. Pojęcie nowości jest, jak widać, raczej względne. Ale uroda miasta widzianego z poziomu rzeki, zbliżającego się powoli jest absolutnie bezwzględna. Dominują nad nią dwa ceglane budynki gotyckie: kościół św. Mateusza oraz czternastowieczny zamek krzyżacki. Wyrastają z zieleni drzew na wysokiej skarpie – to idealne miejsce do kontrolowania rzeki i równie znakomite pod względem handlowym. Nie dziwota, że było bardzo ważnym punktem na krzyżackiej mapie. Dziwne jest to, że nijak go nie kojarzyłam, nie mam pojęcia jak to się stało. Nadrobimy jesienią.
Dzień był przepiękny, o dziwo nie lało, nie kropiło i nie mżyło nawet, słońce robiło to, co powinno, wiał lekki wiatr z niemal dobrego kierunku, ptaki latały chmarami, pojawiały się łachy z tabliczką „Wstęp wzbroniony” (ochrona lęgowisk ptaków, znakomicie!),

a Wisła pokazywała coraz to nowe wzorki na powierzchni wody – większość nie stanowi już dla nas niewiadomej (w odróżnieniu od przyczyny, dla której brakowało paru staw na brzegach), ale nadal budzi zaciekawienie.

Miejscami znane już cętkowane falki, gdzie indziej połacie gładzi wśród fal, a jeszcze – w wielu– miejscach do złudzenia przypominała granatową jedwabną morę. Uczta dla oka i wyzwanie dla sternika.

I znowu wyrosła przed nami sylweta ogromnego gotyckiego zamku. Wysoka skarpa, świetne położenie geograficzne, czerwień cegły na tle ciemnej zieleni drzew – nic dodać, nic ująć: Gniew.

Budowę zamku rozpoczęli Krzyżacy pod koniec XIII w., była to siedziba komtura i jeden z najważniejszych punktów kontroli Dolnej Wisły. Później z miastem był mocno związany starosta gniewski Jan Sobieski, lepiej znany jako król 😉
Król królem – ale szczególnie zaciekawiła mnie etymologia nazwy, która wbrew legendom ludowym, nie miała raczej niczego wspólnego z silnymi emocjami wodnych demonów.
Najstarsze formy z XIII w. to Gymeu, Gmew, Gmiew czy Gmewe, czasem wyprowadza się je od rdzenia „gm” (wzniesienie), co bardzo dobrze pasuje do umiejscowienia miasta. Są też nieeleganckie próby wiązania nazwy z „gniciem”.
Natomiast później zadziało się coś bardzo ciekawego: niemieccy włodarze mieli problem z wymawianiem trudnego „gm…” i tak powstała forma Mewe. To brzmienie było jednocześnie staroniemiecką formą słowa oznaczającego mewę (dziś Möwe). I stąd pochodzi, używany już w średniowieczu na pieczęciach motyw mewy. I dzisiejszy herb miasta to biała mewa na błękitnym tle.
Ech, ta historia! 🙂
A to nie koniec historycznych ciekawostek. Wędrujący most w Opaleniu, czyli o moście, który stoi teraz w kilku miastach.

Na 863 km Wisły stoją dziś ogromne filary dawnego mostu. Trzy doskonale zachowane, na dwóch czas i napierający przez wiele lat lód wywarły swoje piętno. Zbudowany w początkach XX w. był imponujący – miał ponad kilometr długości, dziesięć stalowych przęseł i prowadził linię kolejową przez rzekę. Po I wojnie światowej granice uległy zmianie, Opalenie znalazło się w Polsce, a dotychczasowa linia została przecięta granicą polsko-niemiecką. Wielki most stracił sens bytu.
Wówczas podjęto niezwykle interesującą (i zaskakującą też) decyzję: most rozebrano, lecz uznano, że nie należy go zmarnować. W latach 1928-31 stalowe przęsła zdemontowano i przewieziono w inne miejsca. Musiano ściąć i usunąć ponad pół miliona nitów. Jako ciekawostkę dodam, że technologia nitowania mostów, mimo swojej niegdysiejszej powszechności, nie jest dziś stosowana, poza pracami konserwatorskimi. Nowe dane mówią, że istnieje zaledwie kilku wyspecjalizowanych wykonawców nitowania na gorąco. Od połowy XX w. została wyparta przez śruby sprężające i spawanie, ale to już nie to samo…
Większość trafiła do Torunia (wykorzystano je przy budowie obecnego mostu im. J. Piłsudskiego, otwartego w 1934 r.), dwa zawędrowały aż na Wartę, do Konina.
Ale to nie koniec tej historii – podczas II wojny światowej Niemcy odbudowali most w Opaleniu, wykorzystując pozostałą infrastrukturę. Został on zniszczony w 1945, a część jego konstrukcji również dostała nowe życie, wykorzystano je m.in. przy odbudowie mostu w Tczewie.
A druga ciekawostka dotyczy Korzeniowa i zabytkowego wodowskazu. Było to genialne rozwiązanie! Mechaniczny wodowskaz pływakowy został wbudowany w budynek bosmanatu portowego. Wewnątrz była studzienka połączona hydraulicznie z basenem portowym, więc poziom w niej odpowiadał poziomowi rzeki. Pływak poruszał mechanizm, a na wieżyczce duża wskazówka na okrągłej tarczy pokazywała stan wody. Dzięki temu załogi statków rzecznych mogły odczytać stan wody z naprawdę sporej odległości. Powstał najprawdopodobniej ok. 1890 r., został zdemontowany w latach 60. XX wieku. Obecnie jest tam… kaplica.

No i Biała Góra.

Byliśmy tu w ubiegłym roku, na jednostce skokowo odbiegającej od lejtaka, i w rozmowie z przeuroczym śluzowym stwierdziliśmy, że następnym razem pojawimy się tu na tradycyjnej wiślanej łódce. Ta dam! I stało się 😀

A marina bardzo fajna, polecamy 🙂
**********************
Wreszcie to zobaczyliśmy i ogarnęliśmy, choć faktem jest, że musiały być specyficzne warunki, żeby to zobaczyć.
Czyli prawie zmierzch i sporo piany, dzięki której zobaczyliśmy olbrzymi wir, złożony z małych wirów.
Czyli na takiej zasadzie: ta woda przyspiesza od ostróg, a my za każdym razem ślizgamy się na tych wirach, właściwie na ich fragmentach. Oczywiście czułem na śrubie liczne turbulencje, jakby zmieniła się raptem gęstość wody o połowę, ale nie spodziewałem się, że ujeżdżamy wiry.
Ale super.
Dodaj komentarz