
A przynajmniej kończył się te czterysta lat temu z hakiem, pisał o tym Klonowic.

Nie mamy haka, ale uznaliśmy, że symboliczne zakończenie naszego spływu powinno też tam się odbyć. I odbyło się – rano zrobiliśmy sobie jeszcze pół godziny przyjemności na krótką wyprawę pod Zieloną Bramę, minęliśmy równie Zielony Most, zatoczyliśmy koło i popłynęliśmy na Sienną Groblę, by ostatecznie spakować Kroplę na drogę i ją wyslipować.

Swoją drogą, cóż to za przyjemność płynąć łódką, która nie wymaga oczekiwania na otwarcie kładki, a jedynie – by sternik usiadł, bo ze swoim metr dziewięćdziesiąt może zawadzić głową.

Tradycyjnie już Bosman był bardzo miły, Kropla posłuszna i wdzięczna, pakowanie szybkie i skuteczne, a Mistrz Piotr lekko spóźniony, czyli wszystko zgodnie z planem.

Kropla pięknie współpracowała przy slipowaniu i wyruszyła w drogę do rodzinnego klubu, a my gonimy ją pociągiem.

Spotkamy się dziś jeszcze, jeśli plany się ziszczą, by ją zrzucić na rodzinną już wodę.

A my?
Trochę nam smutno, oczywiście. Ale przeważa fajne poczucie pełni i satysfakcji – nie z powodu osiągnięcia celu, bo go, prawdę mówiąc, nie było – ale ze względu na wyjątkowy czas, jaki był nam dany i jaki przeżywaliśmy pełnią doznań.

To unikatowe doświadczenie w naszych pospiesznych czasach, a niezwykle cenne: urwać się z uwięzi harmonogramów, planów i zobowiązań, całkowicie poddać się rytmowi rzeki i natury. Zatrzymywać się tam, gdzie zaprosi nas urocze miejsce, zostać tak długo, póki nie uznamy, że pora płynąć dalej. Gdy jest się zmęczonym – odpocząć. Gdy chce się płynąć cały dzień – zrobić to. Uczyć się rzeki, rozumienia jej mowy i znaków, rozpoznawać zwierzęta i rośliny, czytać wiatr i ślady na wodzie. Odkrywać jej skarby, rozmawiać z niezwykłymi (i zawsze życzliwymi) ludźmi, zwiedzać i odkrywać nowe i, na nowo, znane już miejsca, z całkiem innej perspektywy. Wstawać, gdy budzi nas słońce, obserwować gwiazdy i Księżyc, odczuwać namacalnie zmianę pełni lata w początek jesieni.
Tu niczego nie trzeba upiększać – Wisła i rzeczywistość zawsze dają radę. I wszystko było świetne, nawet uciekanie przed burzą, gwałtowny niemal huraganowy wiatr prosto w dziób, dziki tuż za cienką tkaniną namiotu. Nic nie napawało strachem – choć były momenty silnej mobilizacji. Ale i wtedy ze śmiechem.

Casus non est, Kropla est. Nie ma przypadków – jest Kropla. To takie żartobliwe podsumowanie tej wyprawy, obfitującej w zaskoczenia i szalenie rozwijającej.
I to, że sama z siebie sformułowała się zasada nadrzędna, pasująca do całego naszego życia, lecz dotychczas nie ubrana w słowa: uważać, żeby zauważyć.
To klucz otwierający cuda tego świata, często leżące u stóp – jak wiślane kamyki.
*************
No, Kropla, gdy zobaczyła Piotra, to hyc! prawie sama wskoczyła mu na przyczepę.
Fiufiu.
No, to teraz oczywisty wybór to Loara, Nil, a potem to już Amazonka.
A nie, czekaj, jest jeszcze ta druga połowa Wisły.

Ależ nam było fajnie, ja też stałem się na pewno lepszym człowiekiem.
Na początku rejsu/flisu pamiętam, planowałem szczegółowo okrucieństwa, którym poddam twórcę tasiemeczek z kołeczkami w naszym namiocie, które nerwowo już w deszczu rozplątywaliśmy, a carramby leciały z prędkością światła.
Teraz to tylko dobrotliwie poklepałbym go po ramieniu (zwłaszcza odkąd Iza je obcięła) i powiedział: pokój bracie.

Co ta Rzeka robi z ludźmi.
Co ta Rzeka robi z ludzi.
Dodaj komentarz