Dzień leniwy, dzień przyjemny, spędzony w hotelu (w odróżnieniu od dni cudownych spędzanych na Kropli). To znaczy na początku tak spędzony, bo lejący rano deszcz zrobił sobie przerwę, więc poszliśmy w Tczew.

Niepozorny z nazwy Wiatrak Tczewski okazał się bardzo wart spaceru – to wiatrak typu holenderskiego („holender”), najpewniej z II połowy XIX w., około 1891 r. Nietypowo ulokowany przy ulicy nie przypomina typowego samotnego wiatraka w polu. Nie tylko zresztą z powodu lokalizacji; największą osobliwością jest to, że ma pięć śmigieł, a nie cztery, których się intuicyjnie spodziewamy.

Różni się także od najpopularniejszych „koźlaków”, które najczęściej możemy oglądać – do kierunku wiatru obraca się jego górna część, czapa ze skrzydłami, a nie cały korpus. Na zdjęciu widać mały wirnik z tyłu, to róża wiatraka (fantail), czyli mechanizm samoczynnego ustawiania czapy ze skrzydłami do kierunku wiatru. Widać tu całą zasadę działania holendra: nieruchomy korpus, obracana czapa, wielkie skrzydła napędowe i mały wiatraczek sterujący ustawieniem czapy.

Jest ośmioboczny, drewniany i podpiwniczony, i posadowiony na ceglanej podmurówce (a właściwie murowana część to niemal połowa wysokości). Niby to oczywiste w przypadku podpiwniczenia i podmurówki, ale jednak to oryginalne. Dzięki temu rozwiązaniu można budować znacznie cięższe i większe młyny. W latach 60., 70. i na początku 80. nazywano go wiatrakiem harcerskim, bowiem swoje harcówki miały w nim miejscowe drużyny i szczepy. To musiało być naprawdę fajne przeżycie, mieć spotkania w takich okolicznościach! Na początku 1983 r. przeszedł w ręce prywatne, ale od ciut ponad trzech lat został własnością miasta.
Wiatrak jest w znakomitym stanie, miło popatrzeć, bowiem miasto przejęło go w fatalnym stanie i już zdążyło się nim porządnie zaopiekować. Co fajne – planowane jest zagospodarowanie całego otoczenia wiatraka tak, by mógł zostać prawdziwą atrakcją turystyczną niewymagającą akrobacji przy oglądaniu.
Muzeum Wisły. Jakoś tak podejrzewaliśmy, że mimo wcześniejszych postanowień i tak do niego zabłądzimy, nie da się inaczej.

No i bardzo dobrze, okazało się to doskonałym pomysłem, bo akurat (jeszcze przez tydzień zaledwie) jest w nim czynna wystawa czasowa, niezwykle dla nas interesująca, opowiadająca o regulacjach delty Wisły z XIX i XX wieku, czyli o zmianach na naszej, już jutrzejszej, drodze. Wystawa nazywa się „Mieszkańcy Żuław mogą spać spokojnie” i jest naprawdę szalenie ciekawa.

Ale napiszę o wystawie stałej, znanej nam z poprzednich wizyt. Jednak dziś jakby całkiem innej – bowiem poprzednio oglądaliśmy ją przed zbudowaniem Kropli, no i przed naszą po niej drogą. Och, jak to zmienia odbiór!
Porównanie opisów we Flisie Klonowica, z XVI w., z dzisiejszą sytuacją jest pasjonujące. Wymagałoby ogromnego opisu, powiem zatem tylko, że Heraklit miał rację i panta rhei.
Nie tylko czas i Wisła, ale i zmiany, które ich przepływ powoduje.
Lejtak.

Jest tam, dobrze go pamiętamy, lecz teraz widzimy go poprzez nieuniknione porównanie z Kroplą. Jest inny, ma mniejsze sztaby (znacznie mniejsze, niemal ozdobne, a nie funkcjonalne – to oczywiście tylko wrażenie wizualne, bowiem oczywiście spełniały swoje zadanie), zdecydowanie mniej smukłą sylwetkę – myślę, że w najszerszym miejscu ma o ponad 30 cm więcej niż nasza łódka, czyli ca 160 cm, mniej wyniesiony dziób i rufę.

To pięknie pokazuje, że nie ma uniwersalnego modelowego lejtaka, każdy to wyraz indywidualnego podejścia szkutnika. Ciekawa jestem bardzo jak zachowywał się na wodzie, pod wiatr i falę? Rozcinał ją jak Kropla? Brał jej dużo, mało, burtą, dziobem? Czy ciekł? Jak go dychtowano?

Jest bardzo ciemny, niemal czarny, ale nie wygląda to na smołę – co to jest zatem? Pytania się mnożą. Poszukamy odpowiedzi w swoim czasie.
Zawsze fajnie odwiedzić Muzeum. To jedno z naszych ulubionych.
*****************
Dzisiaj dotarło do mnie jaka to jednak wolność mieć swoją łódkę, a tyle lat się broniłem.
Jednak pożyczanie łódek psuje frajdę.
Dziś wstaliśmy i brrr! zostajemy.
Tak trza żyć.
Ale niestety, trzeba parę słów o marinie Tczew.
Otóż nie istnieje, a właściwie chyba wstaje z kolan, choć to bardziej było tarzanie w błocie.
Była fajna marina i się zużyła, i teraz widać – robi się nowa. Kamery wszędzie, ale wyjść z pomostu nie ma jak.
Na szczęście widzieliśmy dużo filmów z Tomem Cruisem i jakoś się wdrapaliśmy z klamotami, przełażąc przez barierki i wreszcie, zasapanego, dopadło mnie pytanie:
– Jak port?
– Carrambowy, odpowiedziałem (oczywiście inaczej odpowiedziałem, ale podobnie).
I wtedy jednym silnym ruchem sympatyczny Tczewianin zerwał zabezpieczenie (drut albo trytytkę) siatki oddzielającej nas od deptaka. Najwyraźniej widział się już dziś z Panoramiksem.
Zaczął nas przepraszać za stan portu i oznajmił, że walczy z obecną władzą. Dziękowaliśmy, bo wybawił nas z kłopotu, bo, oczywiście, znowu zapomniałem noża.
Weź nóż i naucz się spać z nim,
Bo przyjdą po ciebie kiedy zaśniesz.
Przyjdą po ciebie na pewno,
Przyjdą do ciebie, po krew twą.
Tak mówi hymn młodych skiperów, a my pożegnaliśmy się pośród przeprosin.
Faktem jest, że głupio tak, jak mieszkaniec musi świecić oczami za swoje miasto, które nie potrafi pomyśleć, żeby choć deskę jakąś dla przybyszy położyć.
Cóż było robić, wynajęliśmy nieodległy pokój i mamy na Kroplę oko.
Dodaj komentarz