Przybijając, w niemałym pośpiechu, do ostrogi pomyślałam sobie – ech, no tak. Ostroga – kamienie i trawa, zero śladów, kilometr za mostem, który huczy, niedaleko domostw – no nie będzie to magiczna noc…

A Wisła na to: potrzymaj mi trzcinę!

Zaczął się nieprawdopodobny spektakl zachodu słońca – ponieważ nasza ostroga leżała w zagłębieniu bardzo łagodnego łuku, zatem łuna zachodu obejmowała niemal cały przeciwny brzeg. A, jak to po burzy (bo ona była, ale ciut dalej), powietrze było krystaliczne, a natura czuła się w obowiązku jakoś zrekompensować ten Armageddon, więc zachód był niewiarygodnie piękny.

To na wprost i z lewej strony namiotu. Wystarczyło jednak tylko trochę odwrócić głowę w prawo – i no cóż, kicz nad kicze! Idealna połówka Księżyca wschodziła powoli, wielka i piękna, nie zaniedbując starannego odbijania się w południowej zatoczce kołoostrogowej. A obok niej – zaczynał świecić most, latarnie wyglądały naprawdę jak sznur brylantów. Na szczęście dla nas, małych brylancików raczej. A z odbiciami w wodzie – to już tiara wiślana.

Ale, gdy zamykałam już kompa po napisaniu poprzedniej notki, Damian zawołał słowo magiczne, działające na mnie chyba najskuteczniej jako przywołanie: „bóbr!”. I faktycznie – przez północną zatoczkę ostrogi płynęło spore zwierzątko – charakterystyczny łeb, wyraźna „strzałka” za głową, spokojny ruch i widoczne uszka nie pozostawiały cienia wątpliwości. Bóbr płynął blisko, z 15 metrów, w kierunku środka rzeki. Ale raptem nas zauważył i zanurkował prezentując przez chwilę okrąglutki zadek. Po chwili coś chlupnęło – i razem z Damianem zawołaliśmy szeptem, choć unisono: „tam!”. Tyle, że każde z nas pokazywało zupełnie inny kierunek. Po paru minutach z miejsca wskazywanego przez Damiana ruszyła znów bobrza głowa (z doczepioną resztą bobra, tylko niewidoczną w złocie rozlanym przez zachód po wodzie). Była to chwila mojej refleksji na temat zwidów a właściwie chyba zsłychów, bo to dźwięk słyszałam. Bóbr opłynął czoło ostrogi o parę metrów przed nami i zajął się badaniem Kropli, po czym dość spiesznie oddalił się wgłąb południowej zatoczki. Może się spieszył na randkę, czy inną imprezę, w końcu piękny wieczór sierpniowy. Ale to nie koniec – gdyż moment po tym jak porzucił łódkę przy niej pojawiła się druga głowa, usprawiedliwiając moje wskazanie miejsca plusku. Dwa bobry w zatoczkę, to jest ach! jaki widok! I jaki koncert, bo koleżeństwo bobrowało nocą przy Kropli długo i głośno.

Słońce zaszło, łuna pozostała, Księżyc świecił jak latarnia (podwójna), zmrok zapadał gęsty. I w pewnym momencie zobaczyłam naprzeciwko dziwne światło. Nisko, ale o wiele za wysoko na latarnię, silne, migocące lekko, nieruchome, zmieniające kolor z żółtego na czerwony. Odbijało się wyraźnie w wodzie. Nie samolot, nie latarnia, nie UFO (przyzwoite UFO powinno świecić na niebiesko lub zielono i się poruszać, wiem z filmów, ze szczególnym uwzględnieniem cyklu „Faceci w czerni”) – zatem co? Stwierdziłam, że może jednak gwiazda (taka wielka i tuż nad drzewami, tak silna, że się w wodzie odbija – no bez sensu). Są fajne apki gwiaździste, taka właśnie potwierdziła: tak. Gwiazda Heze z konstelacji Panny, która już wspina się na niebo. Niewiarygodne po prostu, było ją widać może ze trzy minuty, po czym schowała się za drzewami i chwilkę później – za horyzontem.

Nie istnieje pojęcie „nudna dzika przyroda wiślana”. Po prostu nie ma czegoś takiego. I dobrze.

Ranek wstał wymyty na okoliczność bycia ostatnim rankiem naszej drogiej drogi wiślanej.

Ruszyliśmy na ostatni jej odcinek, sprytnie wymyślając, że go przedłużymy i wpadniemy sobie na chwilę Przekopem na słoną wodę, zahaczając o Wyspę Fok.

No, ale Kropla to łódka rzeczna, wiślana i okazało się, że Wisła jest kobietą, do tego zazdrosną. Na wysokości promu stężał wiatr północny, wstała niemiła fala, a my skonstatowaliśmy, że to raczej wyraźna wskazówka, co mamy robić. No to zrobiliśmy – nawrót i grzecznie do Przegaliny, wielkiej i nowoczesnej śluzy. I tak oto znaleźliśmy się na Martwej Wiśle. No, oby każdy martwy był tak urzekająco piękny i żywotny, że proszę siadać!


Na Przekopie widzieliśmy stada kaczek – ale to nie nasze dotychczasowe krzyżówki, te były inne – czarne na wodzie, w locie błyskały białymi polami no bokach – najbardziej podejrzane o bycie nimi gatunki to czernice (nie mylić z jeżynami!) oraz gęgoły. Niestety, gdy zaczęłam to rozpracowywać uznały, że ich tożsamość to ich sprawa i przestały się pokazywać.


Ale za to, niemal tuż za śluzą w Przegalinie pojawiły się trzy ogromne szponiaste (co za nazwa przemawiająca do wyobraźni!) – latały, wypatrywały, próbowały polować na ryby. Jak przystało na rybołowy, o bycie którymi są bardzo mocno podejrzane. Nie mamy pewności kim były, ale wiemy jedno: były przepiękne.

A później to już przedmieścia Gdańska, Sobieszewo, domki i łódki, coraz więcej i więcej śladów przemysłu.

Potem krajobraz mocno industrialny – i, w końcu, Gdańsk. Kładka zwodzona, kładka obrotowa, Żuraw – czyli skończyła nam się Wisła.

Jak mówiliśmy na początku – będziemy płynąć, póki nie skończy się urlop, Wisła lub chęć. Wisła skończyła się pierwsza.

Ale nie skończyła się dla nas – to dopiero początek. A materiału do pisania tutaj wystarczy nam na długie miesiące, tyle się działo i tak to było fascynujące. Zatem: do jutra!

*******************

Próbowaliśmy dziś przepłukać tyłek Kropelce słoną wodą, ale na wysokości promu w Świbnie przylazł podły i okrutny Prusak, spiętrzył szybciutko falę, więc zwolniliśmy i już było jasne, że trza zawijać. Trudno, a może dobrze, bo Kropla jest na wskroś rzeczna i nie najlepiej się czuje w portach morskich. W uszach zabębniło:

Jedno wżdy morzu daj pokój, a w Wiśle
Frochtuj zdrów, a wiedź swój handel choć ściśle.
Chwal morze, a sam pływaj po świadomej
Rzece znajomej.

(Sebastian Fabian Klonowic, „Flis”)

Czyli nie my pierwsi.

Dziś właściwie jedyny wzwód podczas rejsu, że tak się popiszę wybiórczą pamięcią ze zwiedzania Muzeum Wisły. A chodzi oczywiście o most zwodzony w Sobieszewie. Ten z patologicznej rodziny (komornik, areszt przęseł).

Już na Motławie mały przystanek na zmianę bandery. Bardzo istotną, bo to bandera od Krisa i nie jest to zwykła bandera, ale to opowieść na inny raz. Później nieudana próba selfie na tle Żurawia (są jakieś kursy?) i tyle.

A, zapomniałbym, jutro trzeba Kropelkę zapakować do domu.
A przyjedzie po nią Sam Mistrz Piotr.
Tzn. nie wiem czy sam przyjedzie, ale wdzięczni jesteśmy bardzo.
Ciekawe czy
Kropla da się pogłaskać swojemu twórcy.

Posted in

Dodaj komentarz