I znowu Wisła! To jednak uzależnia, jej bohu. Strach się bać, co będzie zimą. A jeszcze większy – co będzie jesienią, bo jak nam tak odbije, że zaczniemy mieć ochotę na pływanie w listopadzie bez względu na pogodę, to ja uprzejmie dziękuję z góry. Póki co.

Udało się wypłynąć, choć opady w Tczewie przez ostatnie trzy dni nie próżnowały (co potwierdza słuszność pozostania na lądzie) i zalało Kroplę po kokardę, którą by nosiła wysoko, gdyby ją miała. Zatem jej wylewanie zabrało nam nieco więcej niż planowane parę minut.

Minęliśmy most w stanie składu (koniec etapu IIA) i rączo ruszyliśmy upragnioną rzeką w upragnioną dal. A była ona piękna. To znaczy, one były piękne: rzeka i dal też.

Tym razem to Damian będzie o meritum, a ja sobie pogawędzę o tym, co widzieliśmy.

Bo niby ptaki i tylko ptaki, ale to były PTAKI i AŻ PTAKI. Zaczęło się niewinnie, od jastrzębia. Wielki był i szybował i wyglądał. Ale ledwo skończył wyglądać i znikł, zostaliśmy świadkami niezwykłego wyścigu.

Otóż okazało się, że duży i smukły niekoniecznie zawsze oznacza szybszego niż mniejszy i okrąglutki, a nawet niż mniejsze i okrąglutkie. Mieliśmy okazję obserwować jak stadko kaczek (krzyżówki, ale to bez znaczenia) wyregaciło elegancko piękną, dostojną czaplę siwą. Najpierw ją po cichu dogoniły, później wyminęły śmiałym łukiem, by na końcu oddalić się całkowicie lekceważąc jej próby dogonienia peletonu. Nie do wiary, naprawdę. Ale zabawa świetna i takie wyścigi to nawet ja mogę oglądać.
A czaple nie miały dziś lekko – widzieliśmy kilkanaście stad po kilkadziesiąt kaczek! Ciekawe czy gdzieś jest łacha z leżanką i czaplim psychoterapeutą?

Do tego stada kormoranów, mnóstwo oknówek pokrzykujących na siebie w locie, najprawdopodobniej brodziec piskliwy – mały, bardzo szybko lecący nad wodą szaleniec, przypominający skuę w mikroskali, dwa żurawie pozujące leniwie na łasze i – na zakończenie festiwalu ornitologicznego: mewy śmieszki tudzież brzegówki, już po drugich regatach tego dnia, o czym za chwilę.

Mewy śmieszki – brzmi zabawnie, to przepiękne ptaki. I znowu trafiliśmy niezwykle – bo na przestrzeni 9,5 km (sic!) napotkaliśmy przeogromne ich stada – siedzące na wodzie lub w locie, nieprzebrane, woda biała od nich po horyzont. Zobaczymy, czy AI da radę choćby zgrubnie oszacować ich liczbę na podstawie mojej dokumentacji, ułomnej i niepełnej oczywiście. Ale może chociaż poda liczbę minimalną.


———-
Glosa: oszacowała, po przejrzeniu niespełna połowy materiału (bo tyle udało się przesłać), na ok 6-8 tysięcy sztuk.

—————

A drugie regaty to już nasze.
Regaciliśmy się z burzą, zapowiadaną jako prawdopodobna przez jeden i nieprzewidywana przez drugi model pogodowy. Jednak uznała, że fajnie będzie wystąpić i pojawiła się dość nagle i równie spektakularnie na zachodzie. My na północ – na za nami, „a niemało tego było, wierzcie mi”, jak mówią słowa piosenki. Doprawdy robiła wrażenie zdecydowanej i potężnej, a po doświadczeniach przedwłocławskich wiemy dobrze, jak szybko należy spadać z Wisły przy nagłym silnym wietrze i fali. A tu nie bardzo było gdzie. No to my na północ – ona za nami. My siłą woli jeszcze trochę – ona za nami. I tak przez godzinę, a ona tuż tuż za rufą i nad lewą burtą, nasyła nam wiatr i fale w dziób.
My hyc! Na ostrogę, rozbić namiot…!
A ona: „no trudno, nie udało mi się, to sobie idę” – zwrot na południe i tyle ją widzieliśmy.


No i dobrze, bo dzięki temu mamy ostatni nocleg na dziko, na trawą porosłej ostrodze, tuż przy ogromnej kolonii brzegówek.

Nie ma przypadków, są szczęśliwe trafy.

A dzień, jak to dzień tego spływu – absolutnie cudowny!

*****************

Chciałem Prusaka z północy? No to mam. Przed nami Przekop Wisły; za jakieś 10 km.
Wykopany przez Prusaków
wreszcie skończył zalewanie Żuław, bo Wisełka to nie jakaś polna groszka, tylko dzika i kapryśna rzeka.
Ujść miała wiele. Kiedyś dawno, to nawet na Żabiance.
Następnie przy Westerplatte, powstałe w wyniku odkładania się osadów, potem, w 1840 roku, się wnerwiła i podczas powodzi przedarła się dzieląc wieś Górka na Górki Zachodnie i Wschodnie i powstał przełom – ten odcinek nazwano zasłużenie Wisłą Śmiałą (dlatego ten odcinek nazywa się dwojako i Przełom Wisły oznacza to samo).

W latach 1891-1895, odcięto zupełnie Żuławy poprzez śluzę na Nogacie w Białej Górze, śluzę na Szkarpawie – Gdańska Głowa (obie zarombiste) oraz śluzę Przegalina, która odcięła Wisłę od starego koryta; a nowe koryto puszczono w Przekop.
I tak powstała
Martwa Wisła. Mieliśmy już przyjemność wychodzić przez Przekop nieco większą łódką, o zanurzeniu 1.5m. A na wyjściu było 1.7 m. Nie był to mój wybór, bo tę trasę zawdzięczam mostowi w Sobieszewie, który nie otwarł się jak miał w czerwcu, tylko chyba pół roku później. Coś musiał zdrowo przytupać, bo aresztowano mu przęsła. Wpływaliśmy i wypływaliśmy na paluszkach, szczęśliwie prawie bez fali, za to z duszą wiadomo gdzie.
Dziś już by się nie udało, a to raptem kilka lat.
Teraz jest, o ile dobrze pamiętam 1.1 m.

Posted in

Dodaj komentarz