Wiem, wiem, że się powtarzam, ale:
- to był cudowny dzień,
- Wisła nieustająco jest przepiękna i majestatyczna,
- ptaków jest oszałamiająco dużo,
- wydry są.
Perspektywa zbliżającego się końca zaczyna nas pomalutku gdzieś podgryzać smuteczkiem. Ale na razie wypieram tę myśl. Jest cudownie i tego się trzymajmy.
Dziś sierpień pokazał nam, że jednak umie być letnim, w najlepszym rozumieniu tego słowa. Nie cieszyło nas, że płynęliśmy niesamowicie szybko, po raz kolejny rozważając genialne skutki genialnego planu umocnienia rzeki – sprawdza się to za każdym razem. I za każdym razem dziwi nas potężnie, bowiem prędkość potrafi wzrosnąć o niemal 50%! Niewiarygodne, niby tylko resztki ostróg, w dodatku często w fatalnym stanie – a taki efekt!

Ponoć jest plan ich rekonstrukcji i odbudowy. No, zobaczymy. Taka metoda regulacji rzeki nie budzi mojego wewnętrznego sprzeciwu, w odróżnieniu od zapór, betonowania koryta i jego prostowania. Ba! Stwarza znakomite warunki do życia dla wielu zwierząt, co obserwujemy na co dzień. A dzięki bobrom na przykład przyczynia się do ograniczenia wylewów rzeki. Ekologia i ekonomia ramię w ramię – rzadkie to zjawisko, oby tak częściej.
I kolejne zaskoczenie – nagle, wśród wysokich ciemnych drzew na wysokim brzegu pojawiła się sylweta gotyckiego kościoła! Nie Tczew, bo brakuje paru kilometrów, no i jednak trochę inna panorama. I proszę: Gorzędziej. Słyszeliście kiedyś? A obiekt to Kościół i Klasztor Karmelitanów Bosych pw. św. Wojciecha. Dla porządku dodam, że klasztor jest współczesny, gotycki tylko (i aż) kościół.

Gorzędziej leży ok. 40 m ponad Wisłą, na krawędzi skarpy. To bardzo stary ośrodek grodowy, w 1287 r. dostał nawet prawa miejskie, potwierdzone przez Mściwoja II. Po przejęciu przez Krzyżaków (oj, działo się w tych okolicach, działo!) w 1312 r. prawa miejskie utracił i już pozostał wsią.
Budowle pochodzą z XIV w., choć były później przebudowywane. Dziś to sanktuarium św. Wojciecha, gdzie znajdują się jego relikwie, sprowadzone z Gniezna w 1995 r.
Legenda mówi, że w 997 r. płynął tędy św. Wojciech podczas wyprawy do Prus. Zatrzymał się w grodzie i odprawił tu mszę – nad wejściem do kościoła znajduje się figura świętego z wiosłem w ręku. Miejscowa historia mówi, że Wisła przez stulecia zabrała znaczną część dawnego Gorzędzieja – wskutek podmywania wysokiej skarpy część zabudowanego terenu osunęła się ku rzece, ocalała jedynie m.in. partia wzgórza z kościołem.
I znowu kilometr czy dwa – i nowy zachwyt.

Dwa stada czajek, każde liczące ponad 1000 osobników! (zliczane z kilku ujęć bynajmniej nie przeze mnie, ja taka cierpliwa i dokładna nie jestem, to najniższa szacowana liczba). I to na odcinku może kilometra, choć raczej krótszym jeszcze. Niesamowite, wzbijały się w powietrze, latały jak akrobatki, opadały na łachy, by znów się poderwać. Czarno-białe szaleństwo z czubkiem na łepku. Okazało się, czego nie byliśmy świadomi, że właśnie dokładnie teraz przypada sierpniowe maksimum migracyjne, i to akurat w Dolinie Dolnej Wisły, między Gniewem a Tczewem. Trzeba mieć szczęście, by tak trafić!
I znowu, dwa kilometry – i widać przepiękny, choć jeszcze daleki, most. Długi, dziwnie różnorodny, z charakterystycznymi czterema wieżami. Tczew! Za moment odkrywa się panorama miasta, z charakterystycznymi punktami: po lewej to gotycka fara Podwyższenia Krzyża Świętego, po prawej dawny kościół dominikanów, dziś św. Stanisława Kostki. Nie do pomylenia.

No i patchworkowy most. Most Tczewski o niezwykłym wyglądzie i równie niezwykłej historii. Jest mieszanką zaiste intrygującą, ma obecnie 4 wysokie wieże (pierwotnie było ich 10), elementy prostych kratownic, łukowatych wysokich konstrukcji, pełna różnorodność.

W początkach mostu prowadziły do niego dwie monumentalne bramy. To prawdziwy palimpsest techniczny. Budowę rozpoczęto w 1851 r., otwarcie nastąpiło sześć lat później. Był to wówczas jeden z najdłuższych mostów w Europie. Później Wisłę uregulowano i zmieniła się geometria jej koryta, więc w latach 1881-91 most przedłużono od strony Lisewa, dodając kolejne przęsła. Wówczas dobudowano obok nowy most kolejowy, a stary przejął ruch drogowy. W 1939 r. polscy saperzy wysadzili część przeprawy, aby zatrzymać niemieckie wojska. W 1945 nastąpiły kolejne zniszczenia, a po wojnie brakujące fragmenty uzupełniano bardzo różnorodnymi konstrukcjami, w tym tzw. ESTB, brytyjskimi przęsłami. Miały one po 98 m, a stare przęsła – 130 m, przez co konieczne było dodanie podpór i konstrukcji.

A teraz, po ponad 10 latach sporów i dyskusji konserwatorskich, zaczęła się odbudowa i rekonstrukcja mostu. Być może trafiliśmy na ostatnie chwile, gdy można zobaczyć tak oryginalną formę tej przeprawy.
Natomiast plotki na mieście są niesamowite, sięgają aż do całkowitego demontażu mostu i, niemal, wybudowaniu zupełnie nowego, tylko z wieżyczkami.
Jutro ma lać, więc będzie czas na poszperanie w muzeach i innych zabytkach. Muzeum Wisły oraz Centrum Konserwacji Wraków znamy już naprawdę dobrze, więc nie mam pewności czy tam zabłądzimy. No, może, żeby nowym spojrzeniem obejrzeć stojącego tam lejtaka.
**********************
Wracając jeszcze do ostróg, które tworzą wiry przyspieszając nurt i powodując samopogłębianie się koryta, to wygląda na to (o ile rycina w Muzeum Handlu Wiślanego była właściwa), że te ostrogi to były już budowane w średniowieczu. Tak to jest, jak się olewa wiedzę poprzedników.
Sporo technologii i wiedzy już przez to straciliśmy.
Tak jak tu w Tczewie, nota bene bardzo fajnym mieście: o ile dobrze zrozumieliśmy sytuację, to właśnie ma miejsce przebudowa pięknego i słynnego mostu, zabytku (tak myślałem) inżynierii.
Czyli tak ma być: z mostu zabytkowego postawią na brzegu wzdłuż rzeki jedno przęsło, reszta gdzieś tam, a w miejscu starego mostu zbudują taki sam, ale nowy i odbudują wieże też zabytkowe.
Mózg mi się zawiesił, na haku.
Jutro Detektyw Nosek i Czarna Broda ruszają wyjaśniać sprawę.
Chyba, że będzie zimno i będzie lało, i zaśpią, to wtedy nie.

Aha. Zdecydowaliśmy, że będziemy się nazywać Jeźdźcy Wirów czyli Whirpool Riders*, choć Iza obstaje przy Equites Vorticum.
Nie mamy dużo czasu na dyskusję, bo zostało nam żywej Wisły niestety tylko dwadzieścia parę kilometrów, więc długo się nie ponazywamy.
___________________________
*Centrifugatores Maximi normalnie. Dopisek pokątny I.
Dodaj komentarz