Cóż to był za dzień!

Pełen wrażeń – byłby idealny, gdyby nie uporczywy, równy, miarowy i dość silny deszcz. Na szczęście nie od rana. Rano bowiem było przepiękne, słoneczne, odkryło nowe ślady i potwierdziło, że czarny łepek pływający wzdłuż łachy tuż za Kroplą należał do wydry. Która dodatkowo urządziła sobie istną ucztę z małż. Odwiedził nas też bóbr, który podszedł (lądem) do samej burty, zapewne zaciekawiony cóż to takiego.

Płynęliśmy wzdłuż brzegów umacnianych w XIX wieku, o tym pisałam – ale pierwszy raz mogliśmy realnie poczuć, jak skuteczne są te rozwiązania, mimo że już w bardzo kiepskim stanie. Nasza prędkość „marszowa” na dość silnym nurcie wynosiła 7 km/h. Tuż za czołem ostrogi zwiększała się do 9, by – gdy płynęliśmy przypadkiem dłużej niż 100 m wzdłuż jednego brzegu (nurt bowiem kluczy jak szalony) – zwiększać się do 10 km/h i tak trwać przez dłuższy czas, osiągając nawet 11 km/h!

W pochmurny dzień stawy nabrzeżne, tu ustawione wyraźnie nie w krzakach a niemal na brzegu, były dobrze widoczne i nie brakowało ani jednej.

No ale nie z nami takie numery, przygoda być musi. Nastąpiła katastrofa i Damianowi zabrakło nieoczekiwanie fajek. To znaczy, co ja piszę, jakich fajek! Wkładów do jakiegoś wypasionego czegoś do podgrzewania tytoniu. No to nie ma wyjścia – trzeba wyjść, na brzeg. Najlepiej w Chełmnie, bo najbliżej.
Ale Chełmno po prawej, nurt po lewej – trudno, spróbujemy przyciąć udając, że nie widzimy znaków.
To nie był dobry pomysł, ale za to była to znakomita okazja do spacerów i ciężkich ćwiczeń siłowych, bo jak nam Kropla weszła na mieliznę, to po całości. Tak jeszcze nie było, łacha płytka, rozległa jak elizejskie pola, woda po kostki, gdzieniegdzie dla zmyłki pokryta cienką warstwą ciemnego mułu udatnie udającego głębszą wodę. Dało się, ale jakoś tak czujemy lekkie zakwasiki to tu, to tam.

Koniec końców wróciliśmy na lewy brzeg, nawet udało się zdybać taksówkę, więc kryzys został zażegnany. Do tego bonus w postaci świetnego śniadania w postaci obiadu, bo koło drugiej już, w obleganej knajpce Feniks przy Rynku. Polecamy!

Wisła uczy nas co dzień czegoś nowego. Tym razem na tapecie były dziwne drobne falki „cętkowe” oraz ślady na wodzie wyglądające, jakby z dna podnosił się wodny bąbel i rozlewał na powierzchni w postaci dużych kręgów na wodzie.

Te wszystko to robota przepływów, jak się wydaje – ukształtowanie dna, do tego ostrogi zmieniające i przyspieszające nurt, zawężające go zmieniają dodatkowo dno – w specyficznych okolicznościach mogące tak wskazywać turbulencje.

Bąble natomiast to najprawdopodobniej boils/wyboje (wybrzuszenia) powierzchniowe, czyli woda wypychana ku powierzchni przez turbulentne struktury przepływu.

A ptaki? To było szaleństwo! Masa kaczek, kormoranów, gęsi, łabędzi, czapli i żurawi zbierających się na łachach i startujących wielkimi stadami.

Szczególnie żurawie dały nieprawdopodobny popis – z pewnością ponad setka ptaków poderwała się z brzegu, przelatywała kluczami najpierw w górę Wisły, a później z powrotem, by opaść kilkaset metrów dalej na łasze. I znowu – do góry, z klangorem powodującym ciarki zachwytu. Cudowne przedstawienie przyrody, takich stad nie widziałam jeszcze nigdy, a klangor zawsze doprowadza mnie niemal do łez, jest tak pierwotny i wspaniały, że nie może nikogo chyba pozostawić obojętnym!

Pod wieczór już udało nam się dotrzeć do Grudziądza (rekordowy przebieg dzienny, ponad 45 km!) i zatrzymać się w marinie Grudziądz. I znowu – stan wody rekordowo niski, basen zarośnięty na równo, niemal nie daje się przemieszczać w tej plątaninie wodorostów.

Od popołudnia towarzyszył nam deszcz, który na łódce nie jest naszym ulubionym zjawiskiem przyrodniczym, przyznam. Udało mu się pokonać nasze supermegaekstrawodoodporne kurteczki i ściekać nam delikatnie, acz zimno, po kręgosłupach. Na szczęście wodoodporne spodnie sprawdziły się idealnie, a bose stopy nie przemakały 😉

Zostajemy do pojutrza, jutro ma lać i wiać.

Grudziądzu czekaj na nas, jutro zwiedzanie! 😉

*****************************

Duże pasmo sukcesów. Po pierwsze zapomniałem o fajkach. Zrozumiałbym jeszcze jakbym zapomniał protezy biodra. Ale fajek?! W związku z tym próbowaliśmy się przebić do Chełmna, które leży po prawej stronie, a nurt oczywiście po lewej. No i wiadomo jak się skończyło. Utyrani wzięliśmy taxę do płaza z fajkami z lewej strony Wisły.
Rzecz jasna ta operacja rozwaliła plan dotarcia przed deszczem do Grudziądza, a nie każdy jak wojaki jaja ma z mosiądza, więc nas zmoczyło i pokazało, że nasze kurteczki są warte funta mokrych kłaków. Już w porcie wycieczka do paczkomatu po następny materac (opracowuję super plan logistyczny, taki sprawny mechanizm typu: dopływamy, odbieramy nowy materac i od razu wysyłamy nieszczelny. Jeszcze go dopracuję.
Ogórkiem na sałacie była jeszcze pierwsza ładowarka do baterii, którą wreszcie udało mi się spalić. Tak, że tak. A tak naprawdę to liczy się to, jak zasuwamy między tymi starymi ostrogami, dzięki którym przyspieszamy razem z nurtem do 10 a nawet 11 km/h! I to jest frajda.

Pogoda paskudna więc zagłębiamy się w Grudziądz, którego prawie nie znamy.

Posted in

Dodaj komentarz