No cóż, kiedyś to musiało nastąpić – deszcz nie był tak miły, by padać w nocy, ale za to obowiązkowy, by padać. Akurat jak ruszyliśmy.
Nie jest to najfajniejsza rzecz – chciałam napisać „pod słońcem”, ale raczej pod brakiem słońca, zwłaszcza, gdy do tego pojawi się wiatr i falka od dziobu.
Ale co tam, daliśmy radę bez marudzenia, ale akurat w marudzeniu nie jesteśmy dobrzy, to prawda.
Deszcz, wiatr i fala to okoliczności, które idealnie uniemożliwiły obserwację wody. A to dość niełatwe, choć i tak w odczytywaniu staw nabrzeżnych jesteśmy już mistrzami. O ile one są, bo to niekoniecznie jest reguła.

Ale wszystko dobre, co się dobrze kończy i liczymy, że dzienne deszcze skończyły się na dobre. Od razu ucichł wiatr, uspokoiła się fala, a Wisła podrzuciła nam kilka kolejnych zagadek. Już wiemy, które małe i większe wiry i wirki to ślady ryb, jak to się dzieje, że ruch ogona powoduje takie odbicie na powierzchni, tudzież udaje nam się trafiać z oceną długości ogona łachy skrytego wstydliwie pod wodą (kolejny dzień bez mielizny i spacerów po dnie!). Jest dobrze.

A fajne jest to także, że przed nami jeszcze masa odkryć i odpowiedzi na zagadki mnożące się jak sławetne króliki.
Na przykład kto dokładnie (a nie tylko „Prusacy”) wykonał tak imponujące dzieło inżynierskie jak regulacja rzeki ostrogami na długości ponad 200 km (!) i jak to zrobiono, że zaprzęgnięto Wisłę do tej pracy, a ona z entuzjazmem się do tego zabrała?
Czy, planowana na niemal już, odbudowa części tych umocnień zostanie przeprowadzona i jakie będzie miała skutki ekologiczne i hydrologiczne?
Co tak plusnęło gwałtownie za rufą, jakby hipopotam wskoczył do wody?
Tyle pytań, a odpowiedzi wymagają jednak czasu. Znajdziemy go na to na pewno.
Niepostrzeżenie zbliżyliśmy się ogromnie do Chełmna, którego obejrzenie od strony wody marzyło nam się od lat. To jutro.

A teraz – kolejna łacha, pełna kolejnych zagadek i niespodzianek.

Małże z dziurkami, tropy dzików, sarny, prawdopodobnie innego, znacznie większego, jeleniowatego, wydra pływająca wzdłuż łachy w te i nazad, duży drapieżnik polujący na ryby uciekające przed nim z pluskiem, klucze żurawi, czaple, ogromne stada kormoranów jak hebanowy rant inkrustowany bielą czapli na skraju łach.

A do tego – cztery wielkie nietoperze śmigające wysoko nad wodą. Najprawdopodobniej to borowce wielkie (Nyctalus noctula).
Rajskie łachy w zasięgu ręki, a tak mało o nich wiemy!

Wielki Wóz zalśnił przed namiotem, narzucając piosenkę
„wędrujemy cygańskim obozem,
nocujemy w gwiaździstej grozie,
dzisiaj pod Wielkim Wozem
– jutro na Wielkim Wozie…”.
Pora zbierać się spać 🙂

**********************
Dzień bez przygód nie jest taki zły.
Nie zdawaliśmy sobie sprawy, jak wielkie ryby sobie tutaj mieszkają. Nie sposób ich przegapić, widać strzałkę na wodzie jak od aligatora.
Nawiązałem z jednym (w sensie drapieżnikiem) kontakt wzrokowy i jak niepyszny odwróciłem głowę. Trochę też dlatego, żeby się w nic nie władować, co ostatnio się udaje.

Odczuwałem kiedyś lekki niepokój czy przypadkiem Dolna Wisła nie będzie trochę przynudzać widokami, ale jest wręcz przeciwnie, te ślady wszędzie z okresu świetności żeglugi po Wiśle robią wrażenie nawet po stu latach. Ogromne pasażerskie statki, stutonowe barki – coś niesamowitego. My, żeby uczcić ich pamięć, aktywnie wprowadzamy w życie powiedzenie: Nie ma jak na flisie, naje się, wyśpi się, nie narobi się!
Dlatego dziś liofy. Nigdy nie powiedziałem o żadnym liofie, że jest pyszny (chyba, że kłamiąc w trosce o morale), ale te dzisiejsze naprawdę niezłe. Zwłaszcza budyń czekoladowy jest odjechany.

Dodaj komentarz