Płock, o czym rzadko się pamięta, był stolicą Polski. Fakt, że dawno (1079-1138) tego nie zmienia, a pozostałości pozostały.
Nader krótkie przypomnienie: Władysław I Herman przeniósł do Płocka dwór książęcy po wygnaniu z kraju swojego brata, Bolesława Śmiałego, co nie wiedzieć czemu wywołało pewne niezadowolenie w kręgach dość wpływowych. Zatem przeniósł stolicę z Krakowa, co często ulega zapomnieniu.
Bolesław III Krzywousty rządził z Płocka i tu właśnie wydał swój testament (statut), który zapoczątkował okres rozbicia dzielnicowego Polski, a stolica powróciła do Krakowa.
Koniec przypomnienia.
Z czasów wielkiej świetności pozostało sporo śladów, głównie wspaniałe Wzgórze Tumskie z – jedną z najstarszych i najwspanialszych świątyń w Polsce – Bazyliką Katedralną Wniebowzięcia NMP), wybudowaną w XII w. a konsakrowaną w 1144 r.

To tu znajduje się replika wspaniałych, monumentalnych Drzwi Płockich, które w drugiej połowie XIII w. zostały wywiezione do Rosji i znajdują się obecnie w Nowogrodzie Wielkim, w soborze św. Sofii.

Są przepiękne, monumentalne (3,6 m wysokości i ca 2,44 m szerokości), składają się z 26 prostokątnych kwater i ukazują historię zbawienia , od stworzenia człowieka, przez życie i mękę Chrystusa do paruzji (powtórne przyjście na koniec świata) – i są po prostu przepiękne. Samo ich oglądanie może zabrać spokojnie ponad 2 godziny.

Płock jest fajny, ładny, zielony, spokojny. Lubimy 🙂

A plany?
Skrystalizowały się błyskawicznie, bo wcześniej pałętały się w postaci „bardzo byśmy kiedyś chcieli”, nie dając nam cienia wątpliwości, że naszym celem, pragnieniem i zamiarem na niedzielę jest dopłynięcie do Murzynowa. Cóż nas tak pociąga w tej małej miejscowości położonej na wschodnim brzegu Wisły na północ od Płocka?

Ano to, że to jedna z paru zaledwie kolebek tradycyjnego wiślanego szkutnictwa, jedna z najsłynniejszych – i tu powstawały pracowite lejtaki. Do niedawna można było porozmawiać z ostatnim z przedstawicieli rodu szkutników, Andrzejem Gurdzińskim. Ale pozostało wiele – sporo przekazanej wiedzy, ciągle żywa pamięć wyjątkowych łódek przez niego stworzonych, film dokumentalny oraz, ta dam! Muzeum im. Stanisława Murzynowskiego w Murzynowie. Ale o tem – potem, jak mawiali starożytni Etruskowie.

Płynęło się pięknie, szeroko, szybko, słonecznie i wietrznie, a marina w Murzynowie okazała się być przyjazna, przepięknie położona i bardzo gościnna.

Maleńka zatoczka, w której się skrywa jest przeurocza, zaciszna i zacieniona, na brzegach porośnięta nenufarami, z kluczami żurawi przylatującymi codziennie rano z zachodniego brzegu, parę kilometrów na południe i wieczorem powracającymi w pobliże mariny. To piękny widok: klucz wielkich ptaków na lekko już złocącym się niebie, nad zielenią lasów i błękitem wody o słynnej „złotej godzinie”.

Tradycyjnie już spotkaliśmy przemiłych ludzi – właściciela mariny Pana Krzysztofa, który od lat rozwija sporty wodne w okolicy, z zacięciem, pasją i wyobraźnią, wspierając coraz liczniejsze grupy ludzi zafascynowanych Wisłą i Pana Andrzeja – bosmana, który porzucił swoje obowiązki gdy tylko dowiedział się, że przypłynęliśmy lejtakiem i to tradycyjnie zbudowanym, bo poświęcić nam sporo czasu i pomocy.
A niespodzianka?
Ha!
Bosman okazał się istną skarbnicą wiedzy i wspomnień o pięknych kartach żeglarstwa polskiego, od lat 60 aż do chwili obecnej, i przez parę godzin przy ognisku raczył nas wspaniałymi opowieściami, które od zawsze stanowiły przedmiot naszego najwyższego zainteresowania.
Świat jest pełen wspaniałych ludzi i równie wspaniałych zdarzeń – trzeba tylko mieć otwarte oczy i – jak górnolotnie by to nie brzmiało – serca.
********
Z tymi królami to tylko kłopot.
Tak, Murzynowo, jeden z żelaznych punktów naszej drogi i dobrze się składa, że jest tu tak ładnie i fajnie.
Ja ćwiczę intensywnie charakter wyjmując i wkładając co rusz wszystkie narzędzia i części ze skrajnika rufowego, bo wczoraj jeszcze skleić klapę na skrzynię i wysłać zbędne klamoty, i zwrócić carramba materac, a dzisiaj próbowałem zrobić wreszcie jedną z najważniejszych rzeczy, bez których nie da się dalej płynąć, a mianowicie półeczkę na popielniczkę. Niestety, cały czas zmieniam koncepcję i ją przerabiam, więc nie wiadomo jak to się skończy.


Generalnie emocje rosną, jest coraz fajniej, czujemy się jak Marek Piegus, albo Pan Samochodzik i Tomek na tropach Yeti.
Płynąc do Murzynowa mijaliśmy całe połacie wody pokryte tysiącami pustych skorupek ślimaków, a poza tym wygląda na to, że Kropla ma jakieś powiązania z tym miejscem.

Trzeba to będzie wszystko rozwikłać.

Dodaj komentarz