Budzenie się w Murzynowie to niemal czysta przyjemność. Niemal, bowiem trochę za wcześnie, by go chcieć, ale okoliczności przyrody zrekompensowały natychmiast te drobne prztyczki losu.

A do tego dostaliśmy w prezencie pudełko fenomenalnych pomidorków prosto z krzaka wraz z równie prosto z krzaka jeżynami, które Damian upiera się nazywać – ni przypiął ni wypiął – czernicami. Jak zwał, tak zwał, grunt, że były przepyszne i tylko jedna kwaśna jak ocet siedmiu złodziei (ale równie zdrowa). Wygooglajcie sobie co to ocet siedmiu złodziei – i przemyślcie, czy nie chcielibyście go sobie jednak przygotować przed sezonem zimowym.

Murzynowo to jedna z kolebek lejtaków, znana także z tego, że do bardzo niedawna jeszcze budowano tam tradycyjne łódki, które do dziś pływają po Wiśle i okolicznych rzekach. Myślę, że Kropla może mieć w okolicy sporo rodziny 🙂
Powstał nawet krótki (zbyt krótki jak dla nas) film dokumentalny „Budowa łodzi”, gdzie widać powstawanie lejtaka w szkutni p. Gurdzińskiego. To musiał być prawujek Kropli. Można go zobaczyć tu: https://youtu.be/sX-5Y-IBRPA?si=F8n29unlKx4Q6n0r


Jest tam także muzeum im. Stanisława Murzynowskiego założone w latach 70. XX wieku profesor Jacek Olędzki (1933–2004) – etnograf, reżyser filmowy i badacz terenowy, nazywany „badaczem osobnym” i „etnograficznym mnichem”. Pomysł na patrona muzeum to także zasługa Jacka Olędzkiego, który odkrył, że ojciec Stanisława Murzynowskiego (1528–1553), słynnego pisarza reformacyjnego, autora pierwszego opracowania zasad polskiej ortografii i prekursorskiego przekładu Nowego Testamentu na język polski, pochodził właśnie z tej miejscowości.

Niestety, przykro to powiedzieć – jest ono obecnie bardzo zaniedbane, widać, że zabrakło człowieka z pasją, który chciałby i umiał poprowadzić dalej dzieło prof. Olędzkiego. A szkoda, bo takie drobne okruchy wiedzy i znaki rozsiane w niemal zapomnianych miejscach to kamyki, które mogą stworzyć piękną mozaikę, lub – jak tu – kupkę gruzu… Oby to się zmieniło.

Jeżynowy Darczyńca (czyt. Bosman Andrzej) pokazał nam rzecz niezwykłą. Na podstawie obserwacji natury – a konkretnie szczeżui – stworzył projekt i prototyp łódki żaglowej o bardzo nietypowej budowie, powiedziałabym wręcz – rewolucyjnej, bowiem odwrócił kształt kadłuba tak, że szerszy jego kraniec stanowi dziób. I, o dziwo!, taka konstrukcja chodzi niezwykle ostro na wiatr, sprawnie w pełnych i półpełnych kursach, a ponadto jest szybka i sprawna, regacąc liczne tradycyjnie konstruowane (choć nowoczesne) jachty.


Asumpt do takiego rozwiązania dała obserwacja przemieszczającej się po nabrzeżnym piasku szczeżui – one poruszają się grubszym końcem naprzód. No i – tu będzie cytat z filmu o budowie lejtaka – „kaczki pływają grubszym do przodu” – matka natura, jak widać, wiedziała co robi.

Spóźnieni przez niezwykle ciekawą rozmowę wypłynęliśmy wczesnym popołudniem, licząc, że uda nam się, choćby na oparach prądu, dotrzeć na noc do Włocławka, mimo wzmagającego się przeciwnego wiatru i wstającej fali.
Wysoka fala (nawet do pół metra) plus wiatr prosto w dziób to nie jest dobre rozwiązanie dla Kropli – jej wysoko wniesiony dziób pięknie rozcina wodę, ale burty ma niziutkie i w takich warunkach woda znad dziobu wlewała się wartko i radośnie do środka. Co kwadrans wylewałam ok. 80-100 czerpaków, bo Wisła nie przejmowała się moją pracą i dolewała ciągle nowe porcje, nawet gdy akurat ja je wylewałam. Trochę Syzyfka taka.


Koło godziny piątej prognozy kilku modeli pogodowych zaczęły ostrzegać przed nadchodzącymi burzami, a zwłaszcza niezwykle silnymi wiatrami, gwałtownie się pojawiającymi i osiągającymi w porywach do 90 km/h. I to niebawem.
Chcąc poczekać do kolejnej odsłony prognoz zawinęliśmy do maleńkiej marinki Dobiegniewo, gdzie odrobinę podładowaliśmy, wykończoną niemal walką z falą, baterię. O szóstej prognozy się pojawiły i, jak to one, dawały pełne spectrum przewidywań: od cichnięcia wiatru już za moment i spokojnej nocy, do silnej burzy w ciągu dwóch-trzech godzin.
Do Włocławka zostało nam niezbyt wiele – ok. 12 km, wiatr zaczął siadać, uznaliśmy więc, że podciągniemy choć trochę na północ, a kto wie – a nuż uda się jednak dotrzeć przed Zaporę?

Wieczór był spokojny, słońce pięknie zachodziło na czerwono

(„kiedy słońce krwawo wschodzi

w marynarzu bojaźń rodzi

– lecz, gdy czerwień o zachodzie,

wie marynarz o pogodzie”

jak mawia bardzo stare, i generalnie słuszne, powiedzenie), fala się wyraźnie wygładzała – płynęliśmy raźno i w dobrym tempie cali zadowoleni. Zapora pojawiła się najpierw w postaci białej kreski na horyzoncie, po niedługim czasie można było zobaczyć już przejeżdżające w poprzek rzeki samochody. I tu należy się: „aż tu nagle…!”. Zatem jest. Aż tu nagle, dosłownie w kilkanaście sekund pojawił się wiatr, w pół minuty
stężał mocno i podniósł falę, ostrą i już wysoką, by po dwóch – trzech minutach całkowicie uniemożliwić posuwanie się naprzód.
Punktem decydującym była chwila, w której wichura zerwała z głowy Damiana ulubioną czapeczką i porwała ją w siną dal, kończąc bezpowrotnie jej wspólną z nami historię. Zawróciliśmy natychmiast, na szczęście kilkaset metrów wcześniej mijaliśmy zatoczkę wyciętą w szerokim pasie trzcin, z mikroskopijnym pomościkiem z palety i odrobiną wolnej wody koło niego. Cumowały tam dwie łódki, ale zatoczka była całkowicie porośnięta grążelami żółtymi oraz całkowicie wypełniona moczarką kanadyjską, do stopnia niemal wykluczającego wbicie w wodę wiosła. Ale co robi adrenalina, co nam tam moczarka i grążele ;). Udało się dobić do pomościku, bezpiecznie zacumować Kroplę, wydobyć namiot i niezbędne klamoty oraz go rozbić, napompować materac, przenieść to, co jest niezbędne do uchronienia przed silną ulewą – lunęło. Dodam, że od momentu obudzenia się wiatru do chwili, gdy wszystko stało i było zabezpieczone minęło dokładnie 18 minut. Przyznam, że sama byłam tym zdziwiona – a jednak!


Burza była epicka, jak mawiali starożytni Etruskowie, i muszę przyznać, że mieliśmy naprawdę sporo szczęścia, że rzeczona zatoczka była uprzejma pojawić się jak na zamówienie.

****************

Kropeleczka na czubeczku i już wszystko w porządeczku.

Mowa oczywiście o naszej łódce i szczycie fali, który nasz Kropelka brała bez wahania kiedy przyfasolił silny wiatr. Małe mam doświadczenie w takim pływaniu, ale wygląda mi na to, że płynęliśmy w ślizgu, a łódka słuchała się niezwykle. I płynęła, gdzie chcieliśmy. To najlepsza łódka. Po tej akcji i naszym dzielnym zachowaniu awansowaliśmy się, Iza została pełnym komandorem, a ja przez skromność zmilczę.

Posted in

Dodaj komentarz