Dzień rozpoczął się przepięknie. Tuż obok północnego krańca łachy, na której nocowaliśmy (bez skorków i upału i z tylko niedużą burzą, czyli pełen spokój) zobaczyliśmy łeb dużego zwierzęcia przepływającego Wisłę z zachodu na wschód. Było dość daleko, a płynęło bardzo szybko, więc pobiegłam, by zobaczyć co to właściwie jest. Udało mi się tylko stwierdzić, że bez poroża i raczej nie łosza, bo pysk był nieco bardziej spiczaście zakończony. Nie zdążyłam się porządnie zmartwić, gdy zwierzę dopłynęło do brzegu, wyszło w miejscu całkowicie zasłoniętym, by po minucie wrócić. Byłam szczerze zaskoczona tempem, w jakim przemierzyło rzekę, ale ponieważ byłam już znacznie bliżej udało mi się ją wyraźniej zobaczyć. Piszę „ją”, ponieważ bez wątpienia była to łania, co potwierdziło się, gdy dopłynęła do brzegu i w kilku imponujących, pięknych skokach wyskoczyła na płyciznę.
Nigdy wcześniej nie widziałam płynącego jeleniowatego, a i tak z pływaniem kojarzyły mi się bardziej łosie. Nie to, żebym nie wiedziała, że jelenie dobrze pływają, no ale to zobaczyć na własne oczy to było super przeżycie!


Uczciwie dodam, że zawdzięczam je Damianowi, bo akurat pakowałam klamoty w namiocie, gdy mnie wywołał wskazując na ciemny punkt na rzece – nie ma jak niezawodny towarzysz podróży!

Wisła na odcinku do Płocka jest przepiękna (hm, chyba już to pisałam niedawno, ale co robić, jest taka i już) – coraz szersza, z często wysokimi dość brzegami porośniętymi drzewami, wieloma zielonymi wyspami i mnóstwem piaszczystych łach.

Wszędzie widać ptaki, w piaszczystych skarpach wiele nor brzegówek śmigających nad wodą, rybitwy, jak to rybitwy awanturują się i śmigają smukłe i zwinne, łabędzie, żurawie, czaple, kormorany – i, pierwszy raz widziane – dzikie gęsi zbierające się na łachach w stada. Nie chcę myśleć, że to początek zapowiedzi nadchodzącego końca lata, przecież mamy początek sierpnia dopiero!


Ze zwierząt widzieliśmy jeszcze dwa stadka szczęśliwych krów (no dobrze, drugie wyglądało na stadko szczęśliwych byków, choć nie mogę na sto procent stwierdzić, że tak było, bo niektóre leżały. A mogło się zdarzyć tak, że leżały wyłącznie panie) – czyściutkich, na zielonej trawie, z cieniem drzew, pięknym dostępem do wody, bez uwięzi, spokojne i wyraźnie zaprzyjaźnione ze sobą. Miło było popatrzeć.

Wisła płytka, oznakowania słabe, wiele boi w koszmarnym stanie – zwłaszcza czerwone, które – co widać, niestety, znakomicie – to malowane na czerwono beczki. Niebieskie, bo zaskoczyła mnie niebieska boja, dopiero z bliska można było zobaczyć skrawki czerwonej farby. Ta tutaj akurat w stanie niezłym, ale za to w dość kiepskim miejscu. O tyle dobrze, że czerwona boja w drodze w dół rzeki (jak my) oznacza, że należy ją mijać prawą burtą, no ale jednak nie po łasze! Może była zmęczona, biedactwo, i uznała, że pora sobie poleżeć na piasku…
Całkowity niemal brak oznaczeń kilometrów, co też nie pomaga.

Dzień był „łogólnie męcący” jak mawiają starzy górale, bowiem pojawił się wyraźny wiatr z północy. Początkowo w miarę słaby i miło chłodzący, ale z czasem nieco stężał, by na odcinku pogłębionym przed Płockiem podnieść, niesioną już z Zalewu Włocławskiego, stromą i krótką falę, która często wlewała się od dziobu do łódki.


Żeglarze taką żeglugę pod wiatr i falę, nużącą i niezbyt miłą, nazywają mało elegancko acz trafnie „rąbanką”, jeszcze nie wiem jak na nią mówią rzeczniacy.
Zatem była to rąbanka, dodatkowo o tyle emocjonująca, że płynęliśmy na resztkach prądu, a marina przybliżała się niezwykle wolno. Udało się, ale do pomostu dotarliśmy siłą woli. Do tego stopnia, że gdy okazało się, że przy pomoście nie ma prądu, i musieliśmy się przestawić – trzeba było zamontować drugą z baterii, która została odłączona wcześniej z powodu rozładowania ;). Ale wszystko dobre, co się dobrze kończy.

O marinie Morka w Płocku można powiedzieć wiele. Skupię się na pozytywach:

  • jest! ;),
  • piękny widok na skarpę i stary most, ładnie oświetlony nocą,
  • przemiły bosman, bardzo życzliwy i pomocny,
  • wygodna wiata namiotowa ze stołami i ławami,
  • zadbana zieleń.

Fajne jest też to, że przy marinie działa (jak zauważyliśmy rano – sprawnie) szkółka żeglarska, gdzie gromadka młodych adeptów żeglarstwa trenowała zwroty na optymistkach.

W Płocku zjedliśmy pyszną kolację w Karczmie pod Strzechą, gdzie przeuprzejmie zaproszono nas do składania zamówienia, mimo że byliśmy na 12 minut przed zamknięciem. I podano wspaniałe pierogi (ruskie z przysmażaną cebulką i śmietaną dla Damiana oraz zapiekane z kapustą zasmażaną dla mnie), wspaniałą lemoniadę malinową i ponoć fantastyczne piwo chmielowe z kija. Tu wierzę na słowo, Damian się na tym zna!
Wielkie podziękowania i uznanie, to rzadkie podejście do gości! ❤

****************

To jednak nie była jedyna „rąbanka”bo w Porcie duża impreza, która trwała do 0300 rano, a natężenie dźwięku było jak start Muskowej rakiety. Tej, która nie wybucha za każdym razem., Martwiłem się, że nie będziemy mogli spać z powodu dwóch głosśnych ładowarek do baterii w namiocie, ale niepotrzebnie, bo zupełnie ich nie było słychać, tak samo jak tego, co do siebie mówimy.

Niemniej zaktualizowaliśmy swoją wiedzę na temat aktualnych hitów dyskotekowych i było dużo polskich wykonawców. To chyba dobrze.

Idzie nam coraz lepiej, jednak wyciągamy jakieś wnioski i chyba zaczynamy powoli rozumieć rzekę, bo było stosunkowo mało spacerków, ale jak mam takiego nawigatora jak Iza (w randze vice-komandora) to wszystko jest łatwiejsze.

Dziś się jeszcze Płockujemy (uwielbiam zapach benzenu o poranku) bo żyłowanie pod wiaterek i falkę w twarz nas nie bawi, ale dzięki temu wyślemy do domu wielką pakę różnych klamotów, które są nam prawdopodobnie, chyba, na pewno zbędne.

Materaca cudownego nie było, więc jeszcze wycieczka do marketu i mój kręgosłup przestał mi pokazywać palec. Jeszcze jakieś zaopatrzenie, odszczurzenie i snucie-knucie dalszych planów.

Jest super.

Posted in

Dodaj komentarz