Dziś daliśmy się zrobić w balona wszystkim modelom pogodowym, które zgodnym chórem twierdziły, że około 13 zacznie się szalona nawałnica, z gradem i wiatrem do 100 km/h. Noc była słabo przespana (trzy mocarne burze i inwazja, tak ponoć unikatowych, obrzeżnic nadrzecznych).

Cwaniaki uznały, że fajniej znosić nawałnicę w przytulnym namiocie niż pod nim (bez komentarza) i dalej, że hejże ha. Nie pomagały moskitiery, wystarczyło tylko odrobinkę je rozszczelnić, by nowa brygada pakowała się do śodka.
Zważywszy powyższe uznaliśmy, że kolejne nawałnice z gradem i mały huraganik to może zbyt ambitne założenia na rzekę po dość słabej nocy, więc czekaliśmy na ten Armageddon, by go spędzić we w miarę bezpiecznych warunkach. No i już przerzedzonym wielonożnym towarzystwie. Na szczęście tylko do 14tej, kiedy uznaliśmy, że będzie tego, na rzekę przyjaciele mili!

Jest wpół do dziewiątej, z burz tylko piękna podwójna tęcza widziana na kolejnej łasze o niezwykle ciekawej strukturze mieszkańców.


Najbardziej spektakularne było spotkanie z bobrem (bóbr europejski Castor fiber). Chwilę po zacumowaniu na Kępie Śladowskiej zauważyliśmy bobra płynącego wzdłuż brzegu, w odległości 4-5 metrów. Poszłam równo z nim skrajem wody, nie zdradzał cienia zdenerwowania. Szliśmy tak ze 200 m, po czym odpłynął na środek rzeki.


Nie na długo – po kilkunastu minutach plusnął tuż przy burcie Kropli, wyraźnie sprawdzając, co to takiego. Po kilkunastu minutach wyszedł na brzeg, załatwił swoje bobrze sprawy i wrócił.
Cudowne spotkanie!


Do tego kolejna odsłona małż, tym razem z białoróżowym wnętrzem i oliwkową skorupą. I babka wodna, nazywana kwiatem łabędzim -pięknie kwitnąca na łasze (Butomus umbellatus).

Jest płytko. Bardzo płytko. Trzy razy musieliśmy pieszo przeprowadzać łódkę po mieliznach, bowiem nawet dla lejtaka głębokość była zdecydowanie za mała.

********

Prawda, piesze spacery z Kroplą się zdarzają, co jest coraz przyjemniejsze, ale się uczymy calusieńki czas, bo skoro nie widzimy zaklinowanych dużych szkut, batów i półlejtaków, które wczoraj przepływały koło nas, to chyba nie jest tak źle.

Wracając jeszcze do fascynującego zjawiska płynięcia w ślizgu, to uświadomiłem sobie, że muszę odszczekać te wszystkie hihy podczas oglądania filmów z łódek bez żagli i silnika zasuwających rączo, że sternik musi wywijać w te i wewte rumplem. Pierwszy przykład z brzegu Hobbit gdy Bart spotyka Bilba i krasnoludów, i przemyca ich do Miasta Na Wyspie. Zwróćcie uwagę.

Wracając na Wisłę – dostaliśmy jednak dziś od słońca bo beretach i jesteśmy trochę śnięci.

Jutro spróbujemy dotrzeć do Płocka (kominy jak minarety), gdzie czekać ma na nas nowiutki materac, bo nasz (też przecież debiutant) się spuszcza po godzinie co jest bardzo nieeleganckie. A chuchaliśmy, dmuchaliśmy na niego, mokre kompresy i smarowanie wentylków. No i tak. Może ten następny?

Posted in

Dodaj komentarz