…a flisaczek – nieboraczek
robi na chleb jak robaczek,
płynie do Torunia!…

ta stara bardzo pieśń flisacka, zapisana przez Oskara Kolberga, chodziła mi dziś cały dzień po głowie, wiedzieć czemu tym razem.

Rano, czyli tuż po śniadaniu, kawie, lodach (nie nasza wina, że o 50 m. od naszego namiotu rozstawiła się Słodka Budka z kawą i lodami) oraz wizycie w Muzeum S. Noakowskiego ruszyliśmy do jednej z dwu stolic województwa kujawsko-pomorskiego. Co oni mają, swoją drogą, z tymi podwójnymi honorami? Jak nie dwie święte patronki Jadwigi to dwie stolice, doprawdy to intrygujące. Z przyczyn geograficznych zmierzamy najpierw do Torunia.

A Wisłą – no cóż, przepiękna nieustannie. Teraz trochę węższa, ciut głębsza, z mniejszą ilością wysp i łach i nieco wyższymi brzegami, zwłaszcza wschodnim. Pojawił się też pierwszy bór, co odnotowałam z dużą przyjemnością, bo je lubię.

Oznakowanie od, mniej więcej, Dobrzynia do wysokości Otoczyna/Silna było wzorcowe. Ba! Było tak wzorcowe, że chwilami lekko się gubiliśmy w natłoku boi czerwonych, zielonych oraz żółtych. To oczywiście żart, naprawdę, co to była za ulga i przyjemność!
Niestety na tejże wysokości (719 km) skończyło się El Dorado, za to zaczęły znaki brzegowe. Niepojęte, doprawdy. Nie dość, że było ich bardzo mało, to – no co robić – zielony romb na tle zielonej zieleni zielonych drzew i jeszcze bardziej zielonych krzewów, w dodatku pod słońce no… nie jest szalenie widoczny. A jakoś tak się składa, że jego dostrzeżenie jest doprawdy raczej istotne, żeby nie powiedzieć, że przy tym stanie wody wręcz nieodzowne.

W okolicach pierwszego mostu toruńskiego pojawiły się dodatkowo znaki jeszcze innego, trzeciego już, systemu, w postaci tyczek:biało-czerwonych (stawy wesołe) na prawym i biało-zielonych (stawy gołe) na lewym brzegu. Istne szaleństwo. Ale także zdarzały się takie boje czerwone, jak na załączonym obrazku 😉

Ale dzień jak z marzeń – skwar, południe, pogoda, wspak we wodzie dwojący się las – taka rwąca, szumiąca ta woda, taki rwący szumiący ten czas…
Pięknie było słońce idealnie grzało nie męcząc, wiaterek wiał z południa, nurt rwał jak szalony – cudownie.

I tak sobie płynęliśmy radośnie. Minęliśmy ruiny zamku w Złotorii (tego, który Krzyżacy zburzyli w 1409 r., po zdobyciu go i zabiciu polskiej załogi. Na pocieszenie dodam, że już dwa lata później, na mocy I pokoju toruńskiego, ziemia dobrzyńska (a z nią Złotoria) wróciły do Polski, a Krzyżacy zostali zobowiązani do zapłacenia kontrybucji za zniszczony zamek. Ale dość historii, choć tu akurat każdy kamień to jej świadek. A kamieni mnóstwo 🙂

W Toruniu powitała nas… parada tradycyjnych łodzi wiślanych – Święto Wisły, z którym mijamy się od samej Warszawy 🙂 Miło było popatrzeć na flotyllę drewnianych łodzi, naszą uwagę szczególnie przykuły trzy nieszawki, niestety wszystkie z okaleczoną rufą (ucięta prostopadle, by wpasować tam małą pawęż do zawieszenia silnika spalinowego). Szkoda.

Toruń, jak to Toruń: piękny, historyczny, tłumny, wesoły i z pysznym jedzeniem 😉 ale jutro go opuszczamy. Przed nami dzika Wisła w jej dolnym biegu.

*********************

Rewelacyjny dzień, już kolejny. Wczoraj ani razu na mielonce, dziś raz, ale to dlatego, że przegapiliśmy boję. Już było dobrze! Już było dobrze!
I zmienili nam system oznaczenia toru z bojowego na stawowy. Czyli stawy (wbite w dno lub brzeg znaki) zamiast boi. Taka zamiana. Trochę to już rozgryźliśmy, ale nie do końca.
Bardzo dobrą wiadomością jest to, że od Włocławka (Vivat Pan Bosman Marcin! Vivat!) nurt przyspieszył, i jak w Warszawie ma tak od 2 do 3 km/h, tak tu ma od 4 do czasem 6 km/h, możemy więc zasuwać 7 czasami 8 km/h, a to już niewąsko. Znacznie zwiększył nam się zasięg i dobowy, i samowystarczalności bez cywilizacji.

Elegancko.

Musimy też brać poprawkę na wygląd portów, bo dziś w Toruniu aż nie weszliśmy do właściwego, bo aż tak bardzo nie przypominał tego ładnego wypasionego z internetu, tylko bajorko.

Dziś następny kamień milowy, zamontowałem uchwyt do telefonu i już rzadziej będą latały carramby.

Posted in

Dodaj komentarz