








Początki, jak to początki bywają trudne, a przynajmniej wymagające. Nam złożyło sie idealnie – przez pierwsze 70 godzin sprawdziliśmy niezwykle dużo elementów wyposażenia, odporność Kropli, naszą też ;), spory wachlarz przeszkód i trudności, z których wielu się spodziewaliśmy, kilku nie, a niektóre zaskoczyły nas skalą.
Pierwszy nocleg, mała osłonięta od lądu zaroślami, piaszczysta plaża była przeurocza, miękka i przyjazna – ale słynny wiślany piach lepił się do nóg i trudno było nie wnieść go do śpiworów. Przecudowanej urody prawie jeszcze pełnia Księżyca, który wielką, pomarańczową tarczą wstawał znad praskiego brzegu.
W nocy nadeszła całkiem silna burza, – test wodoodporności namiotu, toreb, płachty biwakowej i innych naszych pomysłów. Na szczęście zdany.
Upalna sobota, już w Warszawie widać, że woda jest naprawdę niska. Bystrza na wysokości Spójni, których się obawialiśmy, okazały się całkiem stosunkowo mało stresujące, czemu mocno dopomógł sympatyczny wodniak, płynący na południe zdecydowanie głębiej zanurzoną jednostką – za to z pewnością siebie wskazującą na duże doświadczenie i znajomość rzeki.
Dalej było trudniej, bystrzy było wiele, oznakowanie szlaku słabe, mnóstwo odkrytych kamieni i drzew, niektóre dość zdradziecko ukryte pod powierzchnią wody. Nadchodząca burza oraz problem z silnikiem (nie uniknęliśmy uderzenia w podwodny pień, na szczęście bez szkód, poza jednym siniakiem) skłoniły nas do poszukania miejsca na nocleg. Wybraliśmy odsłonięty przez wodę brzeg, płaski, dość suchy, szeroki. Trochę nas zastanawiały duże ilości wielkich muszli małż, zaściełające piach, niektóre o urzekającej, niemal egzotycznej urodzie.
Ich obecność wyjaśniła się w nocy, gdy tuż przy namiocie (z pół metra) pojawiły się dziki; ewidentnie to była ich ulubiona restauracja serwujaca river food. Fukanie, pluskanie, chlupot oraz szczęk miażdżonych muszli faktycznie dały odczuć bliskość dzikiej przyrody. Dziki, plusk wody, odgłos deszczu uderzającego o namiot – nie była to tuzinkowa noc.
Niedziela. Dzień, na który zaplanowaliśmy dość długi dystans, 25 km do Modlina. Wisła pokazała odmienne oblicze – spokojna, szeroka, pozornie samo lenistwo i relaksik. Ale nie – płycizny ciągnące się niemal w poprzek całej rzeki, słabe, a nawet w jednym miejscu mylące, oznakowanie toru – no cóż. Czterokrotnie musieliśmy schodzić z przeszkód – raz był to pień (stosunkowo łatwo, pych, pagaj, trochę balastowania), pozostałe trzy to już mielizny, znacznie bardziej wymagające. Sporo ciężkiej pracy, ale przy okazji norma wysiłku fizycznego na parę dni wyrobiona.
Popołudniem dotarliśmy do mariny miejskiej Modlina – lekko zapyziałej, ale niezwykle malowniczej, z wąskim wejściem, zarośnietym nenufarami i strzałką wodną, ze sporą ilością glonów. Jako rekompensata tych niedogodności – szalenie sympatyczny i życzliwy bosman.
Dodaj komentarz